Najnowsze

upside-down czyli na drugą stronę równika

I wreszcie nadszedł ten dzień. Po 35 latach stąpania po północnej półkuli już pojutrze będę miał okazję przekonać się jak to jest chodzić na codzień „do góry nogami”. Najpierw kilkanaście godzin jeszcze po północnej stronie Równika w słońcu Kuala Lumpur, co po ostatnich brutalnie zimnych i wilgotnych dniach w Szanghaju będzie zdecydowanie przyjemną odmianą, a potem już Nowej Zelandia — cel tegorocznej zimowej wyprawy. W planach sporo chodzenia po górach, wulkany, gejzery, no i rzecz jasna spotkanie z krewnymi z Antypodów.

w okolicy stolicy

Z oczami zasłoniętymi zawiązaną na karku kurtką, powoli, noga za nogą, przemierzał kolejne kilometry w niekończącym się marszu.  Jego spuszczona głowa wydawała się wyrażać zupełne pogodzenie się z niewolniczym losem i tylko długie sterczące uszy uciekały gdzieś do wolności, poruszając się w kierunku dochodzących od strony szosy dźwięków. Mimo że szedł już tak od kilku godzin, ciągle znajdował się w tym samym miejscu. Promienie majowego słońca raz ogrzewały lewą stronę jego ciała, by po chwili paść na prawą. I choć nie umiał liczyć, doskonale wiedział że po kolejnej chwili odmierzonej ośmioma krokami miłe ciepło rozleje się ponownie po jego lewym boku.  Cztery kroki — prawa strona, kolejne cztery i znów lewa.  Miarowy chrzęst granitowych żaren idealnie dopełniał monotonii oślego losu.
Ciąg dalszy tej strony »

towarzysze, takiej sprawy to my tu w komitecie jeszcze nie mieli

Parę dni wolnego z okazji chińskiego święta Qingming było dobrym pretekstem do krótkiej wycieczki w okolice miasteczka Chongli leżącego pod Zhangjiakou w prowincji Hebei, około 250 km na północ od Pekinu. Nie po raz pierwszy okazało się, że w Chinach miejsca odległe zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów w przestrzeni, dzielą całe dziesiątki lat w czasie. A przy okazji, za sprawą krajobrazu, poczuliśmy się z Olą przez chwilę tak, jakbyśmy przenieśli się gdzieś w nasze Beskidy albo Bieszczady.

Początek kwietnia to w Chongli początek „martwego” sezonu. Miasteczko ożywa w zasadzie tylko na kilka zimowych miesięcy, a to dzięki okolicznym stokom narciarskim, po których szusują bogatsi mieszkańcy stolicy. Akurat kiedy przechodziliśmy obok jednego z ośrodków narciarskich, ze stoku spływały resztki sztucznego śniegu, a obsługa porządkowała sprzęt po ostatnim weekendzie marca, który zamykał narciarski sezon. Ciąg dalszy tej strony »

kham zimą, czyli dlaczego znów tybet?

Wbrew zasadzie stopniowania napięcia, na postawione w tytule tego wpisu pytanie odpowiem nie tylko od razu, ale i mało konkretnie: nie wiem. Ilekroć wreszcie dotrę do jakiegoś tybetańskiego miejsca w Chinach, co zazwyczaj poprzedzone jest kilkudniową jazdą w rozklekotanych autobusach, podskakujących na ciągle remontowanych serpentyniastych drogach, zadaję sobie to samo pytanie i ciągle nie mogę na nie znaleźć bardziej konkretnej odpowiedzi. Wyjątkowość tych miejsc jest z pewnością w dużej części zasługą przyrody. Tybetańczycy, jakimś dziwnym trafem, zawsze mieszkają w miejscach gdzie są dwie rzeczy: niesamowite niebo — obłędnie niebieskie dniem i bajecznie rozgwieżdżone nocą, i góry — zielone z czarnymi plamkami rogatych jaków w okolicach jeziora Qinghai; surowy, pustynny masyw Kunlun na granicy z Xinjiang;  czy wreszcie majestatycznie ośnieżone szczyty zachodniego Sichuanu, nie wspominając o królujących nad południem administracyjnego Tybetu ośmiotysięcznikach. Ciąg dalszy tej strony »

zimowy rekonesans okolic kawa karpo

Leżący u stóp Góry Jadeitowego Smoka Lijiang, w przeddzień chińskiego Nowego Roku, rozświetlony jest tysiącem czerwonych lampionów. Przyklejone pionowo po obu stronach drewnianej bramy, wyblakłe i poszargane wiatrem ubiegłoroczne dwuwiersze, czekają cierpliwie na wigilijny wieczór, kiedy to zastąpione zostaną nowymi, wychodzącymi właśnie spod pędzla lokalnego mistrza kaligrafii. Jednak, nawet na pierwszy rzut oka postronnego obserwatora, różnią się one od tych, widzianych w innych częściach Chin — zamiast chińskich znaków wymalowane są na nich ptaki, słońca i inne piktogramy obrazkowego pisma Naxi. Ciąg dalszy tej strony »

na herbacianym szlaku

Po raz kolejny okazało się, że filmowe inspiracje są świetnym przewodnikiem po Chinach. Tym razem inspiracja nie była tak oczywista jak w przypadku filmu „Kekexili”, który urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Obraz reżysera Tian Zhuangzhuang zatytułowany „Delamu” skonstruowany jest w konwencji monologów bohaterów zamieszkujących jedną z dolin w południowo-chińskiej prowincji Yunnan. Kiedy oglądałem go raz pierwszy jakieś trzy lata temu,  dłużył mi się niesamowicie. Z ręką na sercu przyznam, że nawet nie dobrnąłem do jego końca. Ale jednak coś w nim było, bo miejsca które zobaczyłem w filmie zapadły mi głęboko w pamięć. Kiedy więc nadszedł czas na planowanie tegorocznego zimowego wyjazdu, wiedziałem już że jednym z moich celów będzie położona na północno-zachodnim krańcu prowincji Yunnan Dolina Nujiang. Ciąg dalszy tej strony »

w trampkach po złotym trójkącie

Szybki skok z Pekinu do Kunmingu, noc w sypialnym autobusie, i po trzech dniach wylądowaliśmy na nieruchawym przejściu granicznym w chińskim Mohan.  Po drugiej stronie Laos przywitał nas słońcem, palmami i bambusowymi chatkami, które są dominującym elementem krajobrazu północnej części tego kraju. Już na granicy, czekając aż urzędnik wypisze dla nas wizy, zapoznaliśmy się z plakatem informującym o laotańskiej etykiecie i od początku staraliśmy się jej przestrzegać. Nocując więc w małym hoteliku w Namo – pierwszej większej wiosce na naszym szlaku – jak nakazuje zwyczaj, zostawiliśmy przed drzwiami do pokoju obuwie. Ciąg dalszy tej strony »

na południe od chmur

Znów w drodze. Z mroźnego ostatnio Pekinu uciekliśmy na południe do przyjemnie ciepłego Yunnanu. A będzie jeszcze cieplej:najpierw tropikalna Xishuangbanna, a potem północny Laos. Później Ola wybiera się na wspin do Tajlandii a ja wracam do Chin. W planach eksploracja Doliny Nujiang w północno-zachodnim Yunnanie przy granicy z Birmą oraz górska część wyjazdu: tybetański Kham w Yunnanie (zimowy rekonesans okolic Kawa Karpo) i zachodnim Sichuanie. Tutaj na pewno przyda się spory zestaw polarów i puchówek, który na razie zalega w plecaku.

tanghulu

Zima się zbliża, na ulicach Pekinu pojawiły się już bing tanghulu. Klasyka to nanizane na drewniany patyczek kwaskowate owoce shan zha oblane słodkim syropem.  Takie połączenie skutkuje smakiem podobnym do truskawek. Bardziej ekstrawaganckie wersje tego przysmaku zawierają mandarynki, banany, kiwi i truskawki w przeróżnych konfiguracjach.

Wkrótce rozpocznie się sezon na ananasy i kalesony z owczej wełny…

złoty tydzień w yading

W czasie październikowego święta z okazji kolejnej rocznicy proklamowania ChRL, czyli słynnego chińskiego „złotego tygodnia”, wybraliśmy się z Olą do Yading. Yading to wioska w Sichuanie, w południowo-zachodniej części tybetańskiej autonomicznej prefektury Ganzi (tyb. Garze), na granicy z Yunnanem i Tybetem. Tak samo nazywa się park krajobrazowy utworzony na tym obszarze. Na Zachodzie miejsce znane przede wszystkim dzięki publikacjom Josepha Rocka, który eksplorował te rejony w latach 20 ubiegłego wieku. Sam Rock to barwna postać, warto przed wyjazdem obejrzeć poświęcony mu film Harrisa „Król w Chinach”. Na terenie parku leżą trzy święte dla Tybetańczyków sześciotysięczniki: Chenresig, Jambeyang i Chanadorje. Możliwe jest okrążenie wszystkich trzech szczytów (duża kora), niestety my mieliśmy tylko czas na małą. Ciąg dalszy tej strony »

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.