kham zimą, czyli dlaczego znów tybet?

Wbrew zasadzie stopniowania napięcia, na postawione w tytule tego wpisu pytanie odpowiem nie tylko od razu, ale i mało konkretnie: nie wiem. Ilekroć wreszcie dotrę do jakiegoś tybetańskiego miejsca w Chinach, co zazwyczaj poprzedzone jest kilkudniową jazdą w rozklekotanych autobusach, podskakujących na ciągle remontowanych serpentyniastych drogach, zadaję sobie to samo pytanie i ciągle nie mogę na nie znaleźć bardziej konkretnej odpowiedzi. Wyjątkowość tych miejsc jest z pewnością w dużej części zasługą przyrody. Tybetańczycy, jakimś dziwnym trafem, zawsze mieszkają w miejscach gdzie są dwie rzeczy: niesamowite niebo — obłędnie niebieskie dniem i bajecznie rozgwieżdżone nocą, i góry — zielone z czarnymi plamkami rogatych jaków w okolicach jeziora Qinghai; surowy, pustynny masyw Kunlun na granicy z Xinjiang;  czy wreszcie majestatycznie ośnieżone szczyty zachodniego Sichuanu, nie wspominając o królujących nad południem administracyjnego Tybetu ośmiotysięcznikach.

O ile sprawa z przyrodą jest prosta — wystarczy tylko podziwiać — o tyle ciągle jednak nie mogę zrozumieć samych Tybetańczyków. Ich zachowanie często mnie dziwi, czasem denerwuje. Pamiętam wiele sytuacji z 2006 roku, kiedy to podróżowaliśmy z Olą po prefekturze Ngari w zachodnim Tybecie (tak, tak, wtedy jeszcze było można) co chwilę natrafiając na ścianę obojętności. I nie chodzi tutaj o niemożliwość komunikacji w lokalnym języku, ale o generalnie znikome zainteresowanie zewnętrznym światem. Wydawałoby się, że taka postawa sprzyja pielęgnowaniu lokalnych tradycji, kultury i tożsamości, nie pozwalając na skalanie jej obcymi wpływami. Niestety, nie pamiętam już ile razy zżymałem się na Tybetańczyków widząc jak zajadają się zalewanymi wrzątkiem chińskimi zupkami. Właśnie ten dymiący czerwony papierowy kubeł z chińską zupka jest dla mnie symbolem tego czym stała się spora część Tybetu. Przy tej całej komunikacyjnej hermetyczności niesamowite jest to jak wielką karierę zrobił ten „przysmak” w kuchni tybetańskiej.

Sami Chińczycy podchodzą do Tybetańczyków z jednej strony z lekkim lękiem (różnica „parametrów fizycznych” jest czasem dość spora), z drugiej natomiast często nieokrzesanych Kampów, regularnie stołujących się w knajpkach z syczuańską kuchnią, nie traktują poważnie. Nierzadko pojawiają się drwiące uśmieszki i komentarze, coś na co z pewnością nie pozwoliliby sobie pod adresem Ujgurów, chociaż wizyta Ujgura w syczuańskiej jadłodajni serwującej wieprzowinę jest wydarzeniem raczej mało prawdopodobnym. Właśnie to zestawienie z Ujgurami powoduje, że ten symboliczny czerwony dymiący kubek z makaronem staje się jeszcze bardzie wyrazisty. W porównaniu z rdzennymi mieszkańcami prowincji Xinjiang pielęgnującymi swoją jakże odmienną od chińskiej tożsamość, Tybetańczycy wydają się nieco zagubieni, tak jakby świecidełka cywilizacyjnego rozwoju, który przynieśli ze sobą Chińczycy, ze wszystkimi jego pozytywnymi i negatywnymi konsekwencjami, zupełnie oślepiły ich poczucie własnej kultury i tożsamości. Dzisiaj wiele miejscowości w Tybecie funkcjonuje pod chińskimi a nie pierwotnymi, tybetańskimi nazwami. Kiedy kupowałem przewodnik wydawnictwa Footprint po Tybecie, rozentuzjazmowany wydawca krzyczał do mnie z okładki wielką czcionką,  że to jedyna publikacja z tradycyjnymi nazwami miejscowości w języku tybetańskim. Okazało się jednak, że to co miało być wartością przewodnika stało się jego przekleństwem, bo na miejscu mało kto z zagadniętych przeze mnie tubylców kojarzył tybetańskie nazwy a wszyscy powszechnie używali traktowanych po macoszemu przez przewodnik nazw chińskich.

Zapewne w sporej części wszystko to jest rezultatem faktu, że pozostający przez wiele lat w izolacji Dach Świata, w gwałtowny sposób nagle pozbawiony został niemal całej intelektualnej i duchowej elity — tego na czym mieszkający budowali od pokoleń swoje życie. Tym niemniej nie sądzę aby wszystko można było  tym wytłumaczyć. Jednak tej zimy znów wybrałem się do Tybetu, po katolickiej dolinie Nujiang i już buddyjskiej Kawa Karpo, przyszła kolej na Kham. Przyroda jak zwykle nie zawiodła, natomiast moje wrażenia jeżeli chodzi o mieszkańców generalnie nie odbiegały od poprzednich, chociaż kilku Tybetańczyków, których spotkałem w Ganzi, było zdecydowanie bardziej świadomych tego co się wokół dzieje. Wszyscy oni mieli jednak za sobą indyjski epizod w Dharamsala.

A może żeby lepiej zrozumieć Tybetańczyków trzeba zostać tam nieco dłużej niż kilka tygodni. Pożyć w rytmie wolno kręcących się modlitewnych młynków, wypić tysiąc czarek ze słoną herbatą z mlekiem jaka? Być może… Na razie jednak, przynajmniej na jakiś czas, biorę sobie urlop od Tybetu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s