towarzysze, takiej sprawy to my tu w komitecie jeszcze nie mieli

Parę dni wolnego z okazji chińskiego święta Qingming było dobrym pretekstem do krótkiej wycieczki w okolice miasteczka Chongli leżącego pod Zhangjiakou w prowincji Hebei, około 250 km na północ od Pekinu. Nie po raz pierwszy okazało się, że w Chinach miejsca odległe zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów w przestrzeni, dzielą całe dziesiątki lat w czasie. A przy okazji, za sprawą krajobrazu, poczuliśmy się z Olą przez chwilę tak, jakbyśmy przenieśli się gdzieś w nasze Beskidy albo Bieszczady.

Początek kwietnia to w Chongli początek „martwego” sezonu. Miasteczko ożywa w zasadzie tylko na kilka zimowych miesięcy, a to dzięki okolicznym stokom narciarskim, po których szusują bogatsi mieszkańcy stolicy. Akurat kiedy przechodziliśmy obok jednego z ośrodków narciarskich, ze stoku spływały resztki sztucznego śniegu, a obsługa porządkowała sprzęt po ostatnim weekendzie marca, który zamykał narciarski sezon.

Innych, poza narciarskimi, atrakcji w okolicy Chongli jest niewiele. Najważniejszą z nich jest odcinek Wielkiego Muru. Chociaż w tym przypadku przymiotnik „wielki” jest mocno na wyrost, bo po warownej budowli ostała się półmetrowej wysokości warstwa kamieni. Jak łatwo zgadnąć, ten odcinek Muru nie przyciąga rzesz turystów, ale dzięki temu w okolicy można miło spędzić kilka dni spokojnie wędrując od wioski do wioski przez łagodne, zalesione pagórki, często przypominające krajobrazy z południowo-wschodniej Polski. A wioski, mimo że od Pekinu dzieli je niewielki jak na chińskie warunki dystans, to w czasie odległe są od stolicy o co najmniej pięćdziesiąt lat. Słaniające się nad dachami jednopiętrowych domów siwe wstęgi dymu, konie smętnie żujące zeszłoroczne siano oraz wygrzewający się w wiosennym słońcu mieszkańcy ubrani w niebieskie mundurki w stylu przewodniczącego Mao — to wszystko powodowało, że miejsce to sprawia pozytywnie zacofane wrażenie.

Miejsc do biwakowania nie brakuje i zawsze można znaleźć jakiś skrawek ziemi z ładnym widokiem na okolicę. Mimo że na początku kwietnia w nocy często jeszcze łapie przymrozek, to w słoneczny poranek można szybko „odtajać”. Namiot to w okolicy rzecz rzadko spotykana, a na tle szarej suchej wiosennej trawy rzuca się w oczy, więc można spodziewać się przygód. Taka spotkała nas o poranku w czasie drugiego biwaku, na którego miejsce wybraliśmy niewielki pagórek nieopodal wioski. Około szóstej rano, kiedy słońce już oświetliło namiot, ale jeszcze go nie ogrzało, ktoś wdrapał się na pagórek na którym się rozbiliśmy i, obchodząc dokoła namiot, głośno komentował sytuację. Nasza ciekawość przegrała jednak z chęcią pozostania w ciepłym śpiworze i po kilku chwilach gość się oddalił pozostając nieznanym.

Około ósmej ponownie rozległy się głosy. Tym razem ktoś był zdeterminowany nawiązać bliższy kontakt i wywoływał nas z namiotu. Wygrzebałem się więc ze śpiwora i wyjrzałem na zewnątrz. Mój wzrok padł najpierw na cztery pary czarnych skórzanych butów. Od razu wiedziałem, że sprawa będzie poważniejsza: nikt nie fatyguje się na łąkę, i to jeszcze pod górkę, w takich butach. Wyczołgałem się więc z namiotu i zobaczyłem czterech średniego wieku jegomości w „niedzielnych” ubraniach. Jeden z nich przedstawił grubszego pana w lekkiej wiatrówce jako sekretarza wiejskiego komitetu partii. Po przedstawieniu się delegacja grzecznie zapytała kim jesteśmy i z ciekawością obejrzała nasze paszporty. Bardzo ich zdziwiło, że przyjechaliśmy tutaj po prostu pochodzić. Jak sami stwierdzili, „takiej sprawy to tu jeszcze nie przerabialiśmy”. Wizyta komitetu powitalnego nie trwała długo, a na koniec zostaliśmy zachęceni do ponownej wizytu w czerwcu i lipcu, kiedy kwitnąć będą łaki. Podobno wtedy jest tutaj najpiękniej.

Po zwinięciu biwaku ruszyliśmy dalej, ale nie uszliśmy daleko. Z tumanów kurzu wyłoniła się bowiem policyjna terenowa Toyota, a z niej, w asyście dwojga policjantów, wysiedli znani już nam członkowie miejscowego komitetu. Niskiego wzrostu policjant, pewnym siebie głosem, krzyknął „passport” i na tym skończyła się jego znajomość angielskiego. Okazało się, że oboje policjantów to wezwane z Chongli posiłki. Chyba rzeczywiście takiej sprawy tu jeszcze nie przerabiali. Policjanci, po obejrzeniu naszych paszportów, mocno nalegali że nas odwiozą do Chongli, ale my równie stanowczo odmawialiśmy. W końcu dali za wygraną i pomaszerowaliśmy dalej pieszo.

W powrotnej drodze załapaliśmy się jeszcze na przedstawienie grupy operowej z Shaanxi, która przyjechała tutaj aby zabawiać mieszkańców okolicznych wiosek. Szybko jednak się wycofaliśmy, bo nasza obecność na przedstawieniu mocno rozpraszała widownię, a szczególnie jej najmłodszą i najstarszą część.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s